Kamienica przy Litewskiej 10 w Warszawie, zamieniona po wojnie w jeden z „rządowych” domów, staje się enklawą partyjnej elity – ludzi połączonych wspólną przeszłością, politycznymi zależnościami i świadomością własnego uprzywilejowania. Wśród nich wybucha obyczajowy skandal: romans żony jednego z lokatorów, jej odejście od męża i jego związek z inną kobietą uruchamiają falę plotek, oburzenia i dyskretnego szeptania za zamkniętymi drzwiami.
Prezentujemy fragment książki „Dom warszawski” autorstwa Beaty Chomątowskiej, która ukaże się nakładem wydawnictwa Czarne 30 września 2026 roku.
– Wstyd!
– Nie do pomyślenia.
– I jeszcze żeby tak się afiszować…
– Coś podobnego!
Głosy oburzenia rozbrzmiewają w bramach, w kolejkach na bazarze przy Polnej, w kawiarniach, wszędzie tam, gdzie nikną w ogólnym zgiełku i nie trzeba obawiać się podsłuchów, jak w tym domu, gdzie ściany naprawdę mają uszy; wyrosły im zapewne już za czasów ministerstwa.
Przez chwilę cała partyjna Warszawa nie mówi o niczym innym, tylko o bezwstydnej żonie Lońki Finkelsztejna, która nie dość, że wdała się w romans, i to z kim – z prywaciarzem z Placu Konstytucji! – to jeszcze, gdy rzecz wyszła na jaw, rzuciła męża i przeprowadziła się do kochanka. Tego się nie robi w porządnych komunistycznych domach, a na pewno nie tak ostentacyjnie. I choć w życiu różnie bywa, wiadomo, nie zdarzało się dotąd, żeby dowód jawnej wiarołomności dawała kobieta.
Wieści roznoszą gosposie, niedoceniane bohaterki powojennych czasów, na których spoczywa ciężar stania w kolejkach, gotowania obiadów i pilnowania, by dzieci zapracowanych rodziców- działaczy miały czyste uszy i odrobione lekcje.
Robią to jednak dyskretnie, bo pani Anna Romanowa, matka dwóch córek (jedna z dziewczynek została z ojcem, co za rodzinny dramat), jest Rosjanką. A jeszcze – ciiii, ciii, ciszej – równie ciekawy jest dalszy ciąg tej historii, bo najnowsza plotka z Litewskiej głosi, że do mieszkania Lońki w miejsce Romanowej wprowadziła się inna kobieta i będą tam żyć wspólnie z jego córką i jej synem. Ze względu na tożsamość wybranki to też rzecz nie do powtarzania.
– Ano, kochanieńka, nie uwierzyłabyś, o kim mowa! Wiedziałaś pani, że generał Świerczewski…
Co się działo w kamienicy na Litewskiej 10?
Gości mieszkania numer dziewiętnaście od drzwi witają książki. W całym domu – raczej reguła niż wyjątek. U Finkelsztejnów jednak biblioteka wypełnia wszystkie ściany i zaczyna się już w korytarzu, a regały ciągną się od góry do dołu. Na lewo od wejścia jest kuchnia ze służbówką, lecz nowa pani domu obejdzie się bez gosposi, więc wyburzyła jedną ze ścian i powiększyła kuchnię. Dalej kryje się sypialnia, zaciszna, z balkonem i oknami na podwórko. Widać stąd jak na dłoni kępę drzew i ukrytą wśród nich kapliczkę z Matką Boską na dziedzińcu sąsiedniego, starego domu, przy której jeszcze nie tak dawno gromadzili się mieszkańcy, prosząc o ochronę przed bombardowaniami. Kapliczka wśród zieleni – kojący widok w samym centrum stolicy. Jedynie ci, którzy tutaj mieszkają, wiedzą, że obok grzebano zwłoki wojennych ofiar i dopiero później przeniesiono je na cmentarz. Ale wróćmy do wnętrza; na prawo od drzwi wejściowych jest jeszcze łazienka z oknem i niewielka jadalnia, a na wprost – salon z balkonem. Niby sporo miejsca, choć dla zamieszkującej to lokum rodziny, którą współcześnie nazwalibyśmy patchworkową, zszytej z dwójki dorosłych po przejściach i dzieci z poprzednich związków – już nieprzesadnie.
Systemy się zmieniają, ale styl międzynarodowy, gwarantujący lokatorom wygodę w nowoczesnym opakowaniu, jest nadal w cenie. I nadal pierwszeństwo do korzystania z takich pojedynczych, ocalałych z wojny budynków w południowej części Śródmieścia i na Mokotowie, gdzie mieści się większość rządowych gmachów, mają przedstawiciele władzy. Odkąd z kamienicy Kurnatowskich w 1949 roku wyprowadziło się Ministerstwo Ziem Odzyskanych, domem zarządza Komitet Centralny PZPR. Z dotychczasowej siedziby urzędu budynek na Litewskiej zmienia się na powrót w dom mieszkalny. Tyle że teraz to już nie dom dochodowy z luksusowymi mieszkaniami na wynajem, tylko jeden z domów określanych przez Warszawiaków jako „rządowe” – zarówno ze względu na nowego administratora, jak i mieszkańców. Jest takich domów w Warszawie kilka, może kilkanaście: kamienica przy Szucha 16, domy na Puławskiej, w Alei Róż i w Alei Przyjaciół, na Koszykowej i Wiejskiej, w Alejach Ujazdowskich przy Placu Trzech Krzyży, na Wiśniowej, Narbutta. Enklawą mieszkaniową dla najwyżej postawionych członków rządowej i partyjnej elity, i to w sensie dosłownym – bo aż do października 1956 roku zamkniętą dla ruchu ulicznego – jest w tamtym czasie rejon ulicy Klonowej prowadzący od ulicy Flory do Belwederu. Mieszkają tam między innymi Bierut, Berman, Rokossowski oraz Minc. Zaś na osiedlu przy Parkowej w bezpośrednim sąsiedztwie Łazienek – głównie przedstawiciele wojska.
Warszawa w czasach komunizmu
Lokatorów większości z nich – poza bieżącą pracą na rzecz partii – łączą życiorysy: młodzieńcza wiara w komunizm, przedwojenna działalność w nielegalnych ugrupowaniach, miesiące lub lata w sanacyjnych więzieniach. W młodości wytworzyli własny konspiracyjny slang, po którym mogą się niezawodnie rozpoznać: defa, czyli policja polityczna, emka – międzynarodówka, śledź – sędzia śledczy, oda – odezwa, wesele – zjazd partii, starszy brat – łącznik z Komitetu Centralnego, szkarlatyna lub dezynfekcja – rewizja, choroba – aresztowanie, posag – kaucja i tak dalej. Wspólne są też i słowa z partyjnego żargonu, takie jak kadry, masówki, uświadamianie, sympatyk, mniejszościowiec lub większościowiec, kontra lub reakcja, reformizm, nacjonalizm, odchylenie nacjonalistyczne, trockizm. Część z tych towarzyszy, spotykających się teraz zarówno w wyłożonym gorsecikami hallu, jak i w gabinetach różnych instytucji, na korytarzach sejmowych albo partyjnych nasiadówkach, poznała się przelotnie jeszcze w młodości, podczas pracy w terenie albo pobytu w specjalnych szkołach Międzynarodówki Komunistycznej, niektórzy dzielili też celę w więzieniu albo walczyli w jednym batalionie. Większość przeżyła wojnę w Związku Radzieckim, gdzie też przecinały lub mijały się ich drogi. Mają do siebie zaufanie, określają się wzajemnie jako „starzy towarzysze” (w odróżnieniu od zwykłych „towarzyszy”, a zwłaszcza „rzodkiewek” czy „towarzyszy z drugiego naboru”, którzy wstąpili do partii po wojnie), często rozumieją się wpół słowa. Takie doświadczenia łączą ludzi silniej niż rutyna codzienności w spokojniejszych czasach. Sąsiedztwo na Litewskiej, choć przypadło z partyjnego rozdzielnika i nikt się na nie wcześniej nie umawiał, tworzy grupę odmienną od przypadkowego zbioru obcych osób zmuszonych witać się codziennie w windzie, na schodach i przy śmietniku. Dzięki wspólnocie zasadniczych poglądów, doświadczeń i znajomych, którzy nierzadko wpadają podczas odwiedzin kolejno do kilku mieszkań na klatce, można się pod jednym dachem czuć w miarę swobodnie, nawet mimo podsłuchów. A gdy się chce porozmawiać o czymś ważnym, idzie się na spacer do Parku Ujazdowskiego albo do Łazienek.
Status domu ilustruje dobrze anegdota pochodząca z lat pięćdziesiątych, przytaczana przez Martę Piber‑Zbieranowską, wnuczkę Józefa Brzostowskiego, niegdysiejszego pracownika Ministerstwa Ziem Odzyskanych, którego rodzina po rozwiązaniu resortu zachowała mieszkanie w oficynie. Opowiada o spotkaniu Brzostowskiego z kolegami w Salusie, barze ulokowanym wówczas na rogu Marszałkowskiej obok Placu Zbawiciela. Gdy już nieco sobie wypili, zaczęli śpiewać piosenki po niemiecku. Obok stolika wyrósł nagle milicjant i zwrócił się do Brzostowskiego: „Jak możecie śpiewać w tak plugawym języku?”. Ten, niezrażony, odpowiedział: „Przecież to język towarzysza Ulbrichta [Walter Ulbricht, ówczesny sekretarz generalny Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, czyli pierwsza osoba w NRD]. Chyba nie może wobec tego być plugawy?”. „Dokumenty i adres” – rozkazuje poirytowany stróż prawa. Gdy Brzostowski podaje numer domu na Litewskiej, milicjant blednie. „A to przepraszam, bardzo przepraszam, towarzyszu. – Niemal salutuje. – Nieporozumienie” – i znika równie szybko, jak się pojawił.
