Miałam pięć lat, kiedy pierwszy raz zrozumiałam, czym jest bezradność. Zaatakował mnie indyk, miesiąc później – kogut. Jakiś czas potem, jadąc rowerem, zgniotłam młodego szpaka. Te trzy ptasie historie nauczyły mnie czegoś, czego długo nie umiałam nazwać: że można bać się nie tylko wtedy, gdy ktoś ma nad nami przewagę, lecz także wtedy, gdy to od nas zależy czyjeś bezpieczeństwo.
Mam pięć lat i bardzo boję się przedszkola. Boję się, bo kpią z dziwnej dziewczynki: zagapionej, smutnej, nieporadnej, potykającej się o własne nóżki. Nie rozumiem reguł stada, nie potrafię rozkazywać. Mam się jak marionetka, której podcięto sznurki. Dziadek dziwi się komentarzom przedszkolanek: „Elizka? No przecież jest radosna!”. Owszem, podskakuję: bo mnie odbiera. Odzyskuję siebie. A już dziką frajdę mam wtedy, gdy tato zgarnia mnie do samochodu i „robimy rejon”. „Robić rejon” to w mowie mojego ojca objeżdżanie wiosek pod rodzinnym Lidzbarkiem Warmińskim. Leczy duże, a przy okazji małe zwierzęta. Za darmo lub za słoik powideł, koszyk jajek, miód. Szczególnie lubię wyprawy do tartaków. „Tartaki” to z perspektywy małej dziewczynki kraina dziwności. Bale drewna, szopy pełne pił tarczowych, budki z rupieciami. Rewiry rdzy, żerowiska pyłu. Można wybić sobie ząb, stracić oko, złapać tężca. Fajnie! Składy desek – małe sezamy do eksplorowania – podpalają wyobraźnię pokładami gęsto upychanych sztab drewna, przetykanych kołkami. Wspinam się po sztaplach na kolejny i kolejny pokład, czując się jak pasażerka „Titanica” na gapę, wyłączona z luksusów, ale nagrodzona szwungiem wspinaczki. Gdy docieram na szczyt, robotnicy polują na mnie z rozbawieniem. „Panie Andrzejku, gdzie to małe polazło!”. Albo ściąga mnie za nogawkę Pan Stolarz, jak go nazywam. I tak: bierze mnie na barana i zrzuca dopiero na drodze ku stawom, tuż przy piramidach z trocin. Tu bawię się w „Faraonkę”.
Lekcja 1: indyk
Jednoosobowa gra „Faraonka” polega z grubsza na tym, że w towarzystwie na pół udomowionych sfinksowatych kotów siedzę między „piramidami”, mrucząc zaklęcia „po faraońsku”. W kucki, twarzą ku oddalonym kurnikom, oborom i stawom. „Tartaki” są, jak widać, pojemne. Szybko nużę się mantrą, ruszam ku stawkom. Zieleń murszenia, rzęsy pławiących się w wodzie gałęzi czynią małe akweny niemal zawiesistymi, gęstymi jak zupa od liści i miazmatów. Kątem oka widzę, że kroczy za mną indor, ten największy. Pocieszam się, że z ciekawości. Przecież ptak nie może się czaić, prawda? Stoję na drodze wyżłobionej gąsienicami traktorów. Podmiejska, leniwa idylla. Na nic się nie zanosi. Schylam się po dmuchawiec – i padam pod uderzeniem. Buch, buch, buch! Jakby kto dźgał tępym nożem. Wpija mi się szponami w plecy, wali skrzydłami. Kulę się i widzę na ziemi krew – moją, kosmyk krótkich włosów – mój. Tępy ból z tyłu głowy, niemieję ze strachu. Szyja, kark. Macham rękami jak tonąca. I czuję, że się topię. Myślę: „Tato wróci, to powie mamie, że zmarłam od indyka”. Bach, bach! Druga myśl: „Głupia śmierć”. Kulę się w bruździe jak jeż. Siecze po dłoniach, czuję ciepło własnej krwi. Słyszę chrapanie przechodzące w skrzek. Próbuję spojrzeć mu w twarz, chociaż nie ma twarzy. Widzę tylko wężowe sploty nagiej szyi. W ramiona wpijają się smocze pazury. Wali w ucho, jakby chciał odbić je od czaszki. „Dlaczego nie krzyczysz – rzucam sobie – krzycz!”. „Tato, tato!” – najpierw cicho, potem coraz głośniej. Nikogo. Chyba się zmęczył, chwila przerwy. Duszę się ptasim łupieżem. Próbuję się podnieść, a on z furią zaczyna znowu. Raz, tylko raz spotyka się moje oko z jego bezlitosną gałką, gładką i bezmyślną jak kula rewolweru. „Umarłam, miałam pięć lat” – mówię sobie. Nie wiem, jak długo dryfuję pod wodą. Pod presją tego ataku, pierwszego w moim życiu. „Tato, tato” – szepczę, bo już nie żyję. Biegnie Pan Stolarz: „Ja ci dam, sukinsynu!”. Za nim ojciec. Nie mogę się podnieść. Tato niesie mnie do samochodu. „Bardzo cię przepraszam, Andrzej, pójdzie na rosół”. Ojciec jest blady, walczy z apteczką. Próbuje przemyć mi ucho. Zasypiam w drodze na pogotowie. Tam znieczulenia, szycie. Dopiero rankiem wypływam na powierzchnię.
Lekcja 2: kogut
Miesiąc po kraksie „tartakowej” idę z dziadkiem do ogrodu nad rzeką Symsarną. Dziadek Edward jest szefem kurzo-ogródkowych interiorów. Gdyby drób salutował, dziadek odbierałby defilady. Stadko kur, dwa koguty. Jeden rosły, stabilny, sięgający mi do piersi. Drugi rachityczny, niedopierzony, histeryczny. „Oferma”. Korzysta z nieuwagi szefa i dziobie Elizkę po łydkach. Siedzę pod jabłonką, dziadka woła sąsiad. Idą aż za wiadukt, mam zostać w ogrodzie, pilnować. Przez jakiś czas mierzymy się z Ofermą wzrokiem. Wiem, że wyczuwa mój strach jak pies. Kucam, bo sznurowadła. Głupia, daję pretekst. Skacze. Dziobie na oślep: szyja, głowa, nogi, ręce. Paraliż, nie mam sił go zrzucić. Znów jest źle, znowu tonę. Kogut jest lżejszy, ale agresywny. Myślę: „ Drugi raz nie dam rady”. Szamoczę się, ale bydlę wczepia się w kark. Leżę, krzyczę. Najpierw bezgłośnie, do środka, a w pewnym momencie udaje mi się przebić: „Dziadku, dziadku!”. Nie wiem kiedy, najpewniej po minucie trwającej godzinę, dziadek zrzuca ze mnie podnieconego agresora. Ofiara Ofermy. W niedzielę jemy rosół. Dopiero po tygodniu łączę kropki. Dziadek mówi: „Bardzo cię przepraszam, nie wiedziałem, że on będzie miał takie aspiracje”. Hm, poznaję nowe słowo: „aspiracje”. Nadzieje na triumf, pokusa władzy. Chromy kogut trenował je na mnie. Załamać się? Nie.
Lekcja 3: szpak
A to nie jedyne traumy ptasie. Na terenie lecznicy weterynaryjnej łatwo wpaść na wypadłe z gniazda pisklę, na truchło gołębia zagryzionego przez kota lub psa. Tu jestem w pozycji władzy. To ja trzymam się na nogach, gdy tuż przy moim bucie, przy rowerowym kole leży martwe ciałko. Lipiec, mam sześć lat. Kołując po terenie lecznicy w rytm fantazji o imaginowanych pasażerach mojego bagażnika, wjeżdżam w leżącego na chodniku szpaka. Może już nie żyje. Może go dobijam. Serce staje mi z przerażenia. Gdybym była starsza, miałabym zawał. Zastygam. Wiszę na rowerku jak pęknięty balonik. Wielka, niezgrabna, tępa olbrzymka za kółkiem. I pisklę, które budzi naraz współczucie i wstręt. Mam czterdzieści cztery lata. Po co to opowiadam? Brzydziłam się siebie znacznie bardziej jako nieświadoma likwidatorka niż jako ofiara. Dzięki ptasim incydentom zrozumiałam to wcześnie. Gardziłam nieporadnością ciała na rowerze znacznie bardziej niż paniką ciała skulonego pod razami dzioba. Nie umiałam rozkazywać, owszem, ale jeszcze bardziej nie umiałam przyjąć do wiadomości, że to ja mogę górować nad czyimś życiem. Że to mnie należy się bezpieczeństwo, gdy zarazem świat stykający się ze mną – choćby na odcinku trampka, kółka, dłoni – doświadcza zagrożenia, presji, lęku. Gdy miałam sześć lat, doszłam do wniosku, że ludzie dzielą się na tych, którzy – gdyby musieli – wybraliby pozycję na rowerze, i na tych, co nadstawiliby kark razom, łomotom. I w sumie nadal tak myślę. Zsiadam z roweru i kładę się w bruździe. Mogłam poczekać i przeczytać o tym z wszelkimi niuansami w mądrych książkach o psychologii, socjologii, filozofii władzy. Nie poczekałam. Indor, kogut i pisklak dały mi lekcję, której nie zapomnę.
