Nienasycenie nie zawsze oznacza brak. Czasem jest przeciwnie: to właśnie ono każe nam szukać dalej, podróżować, kolekcjonować doświadczenia i zachwyty, wyglądać za kolejny róg. Czym różni się jednak ten twórczy apetyt na więcej od głodu, który boli i prowadzi do niespełnienia? I czy można nauczyć się rozpoznawać granicę między pragnieniem, które wprawia nas w ruch, a brakiem, który odbiera nam radość z tego, co już mamy?
Czym różni się nasycenie od spełnienia albo nienasycenie od niespełnienia? Czy nienasycenie jest bliższe głodowi niż niespełnienie?
Droga Anonimowa Osobo,
to temat na książkę i bynajmniej nie żartuję, bo sama dość często myślę o własnym nienasyceniu. I może zacznijmy rozsupływać ten węzeł właśnie od niego.
Jestem pewna, że znasz to uczucie, kiedy w końcu udało się wyszarpnąć codzienności ten drobny czas na daleką podróż. Nie chodzi mi o żaden krótki wyjazd, city break, w czasie którego wciąż sprawdzamy służbową korespondencję, czy po prostu chwilę dla siebie w zgiełku miasta. Mam na myśli zostawienie całego układu odniesienia za sobą, spakowanie się w zawsze za małą walizkę, zatrzaśnięcie laptopa, udanie się w nieznane albo przynajmniej nie tak łatwo dostępne. I kiedy biega się po nowym miejscu, przemyka między ulicami, skwerami i kolejnymi atrakcjami, z plecakiem, torebką, nerką, siatką czy czym tam jeszcze pod ręką, coś zaczyna się dziać.
Bo zmęczenie już tak nie wadzi, prawda? To w końcu urlop. Albo przynajmniej czas na bycie w nowym. A nowe hipnotyzuje, przyciąga, każe się podziwiać, zachęca do zobaczenia jeszcze więcej, więcej i więcej. Przecież jeszcze nie zahaczyłam o bar z kawą, gdzie przez kilka dobrych godzin można przebywać w towarzystwie dokładnie tych samych trzech starszych panów, którzy grają w karty w złotawym świetle sycylijskiego słońca. Na trasie jeszcze ze dwa kościoły, dobry makaron, pewnie coś słodkiego i cała masa rzeczy, których po prostu nie zdążę zobaczyć, bo nocą powrót. I to jest właśnie nienasycenie. To więcej, więcej, więcej.
Wcale nie trzeba jednak wyprawiać się za granicę. Owo nienasycenie buduje się w zderzeniu chcę i pragnę z jeszcze (lub już) nie mogę. Bo doba jest za krótka, bo ciało nie daje rady, bo czekają obowiązki. Sądzę, że nienasycenie stanowi ogromną siłę witalną, paliwo dla ciekawości, wieczną niezgodę na to, że porządek jest ustalony, że życie zastyga w formie, że jest jak jest, no i już. Do nienasycenia się wraca. I jaki to jest rozkoszny powrót.
Czym więc jest głód? Do pewnego stopnia tak, nienasyceniem. Myślę jednak, trzymając się również znaczenia pierwotnego tego słowa, że jest on podszyty bólem, że trzeba na głód uważać, bo karmi cierpienie i ciąży ku goryczy. Bo dlaczego nie mogę podróżować częściej? Jak doszło do tego, że moje życie nie pozwala mi na rzucenie wszystkiego i zajęcie się sobą? Czy warto było w ogóle wyjeżdżać? No właśnie. Robi się niezbyt przyjemnie. I dlatego uważam, że to głód wiąże się z niespełnieniem. Przykleja się do nas, karmi się niepewnością, lękiem, gniewem i wyrzutem.
Czy da się wytyczyć granicę i zauważyć, kiedy jedno przeradza się w drugie? Wszystko przychodzi chyba z wprawą. Mnie pomaga pasja zbieractwa i bycie w cudzej podróży. Zbieractwo, co ciekawe, jest z nami od wieków; jestem zachwycona książką „Zbieracze i osobliwości” Krzysztofa Pomiana. W ostatnim wznowieniu rzucają się w oczy ryciny gabinetów osobliwości, opowieść o kolekcjonowaniu najbardziej finezyjnych muszli, historie powstawania kolekcji prywatnych, a przede wszystkim wspaniała opowieść o ciekawości i właśnie o tym nienasyceniu. Bo kolekcja nigdy nie jest skończona.
Kolekcja, o której pisze Pomian, to przecież nie tylko przedmioty zamknięte w gablotach. To pewien stan ducha, sposób, w jaki porządkujemy chaos własnych pragnień. Nienasycenie w tym ujęciu jest obietnicą, brakującym elementem układanki sprawiającym, że wciąż chce nam się szukać, zaglądać za róg, otwierać kolejne drzwi. To rodzaj kuratorowania własnego życia, gdzie każdy zachwyt jest nowym eksponatem. Zupełnie inaczej ma się rzecz ze spełnieniem. Czy zauważyłaś, jak statyczne jest to słowo? Spełnienie kojarzy mi się z kropką postawioną na końcu bardzo długiego zdania. Jest w nim coś z ostateczności, z osiadania na mieliźnie. Kiedy mówimy „czuję się spełniona”, często podświadomie ogłaszamy koniec pewnego etapu, domknięcie projektu. Spełnienie to coś, co ma zapewnić bezpieczeństwo. Nasycenie jest zmysłowe, chwilowe, niemal fizjologiczne. Można nasycić się zapachem jaśminu w czerwcowy wieczór, smakiem dojrzałej brzoskwini czy widokiem ulubionej twarzy przy stole w kuchni. To ten moment, kiedy świat na ułamek sekundy przestaje nas dręczyć pytaniem „co dalej?”.
Ale nasycenie ma w sobie wpisaną ulotność. Jest jak światło w obrazach Jana Vermeera; wiesz, że za chwilę słońce się przesunie i czar pryśnie. I właśnie w tej szczelinie między jednym nasyceniem a drugim rodzi się to wspaniałe nienasycenie, o którym rozwodziłam się wcześniej. Niespełnienie natomiast to zupełnie inna kategoria ciężaru. To brak, który boli, bo jest podszyty poczuciem straty czegoś, czego być może nigdy nie mieliśmy. Podczas gdy nienasycenie jest ruchem w górę, ku nowemu, niespełnienie ciągnie nas w dół, w stronę rozpamiętywania alternatywnych wersji naszej biografii. To tamten „głód”, o który pytasz, to ssanie w żołądku, które nie pozwala cieszyć się tym, co tu i teraz, bo karmi się fantazją o tym, co mogłoby być.
Myślę więc, droga Anonimowa Osobo, że tajemnica tkwi w tym, by pozwolić sobie na nienasycenie, ale nie dać się pożreć niespełnieniu. Nauczyć się celebrować te krótkie interwały nasycenia, kiedy wszystko wydaje się być na swoim miejscu, nie drżąc przed chwilą, gdy znów poczujemy apetyt na więcej.
Bo życie nie jest wystawą stałą. To raczej proces ciągłego przearanżowywania naszej prywatnej kolekcji osobliwości. Niech to nienasycenie będzie Twoim kompasem, a nie ciężarem u nogi. Niech pcha Cię w stronę kolejnych podróży, książek i spotkań, bo dopóki jesteśmy nienasyceni, dopóty jesteśmy w ruchu. A ruch, jak uczy nas fizyka i literatura, to jedyny dowód na to, że naprawdę żyjemy.
Zostańmy więc w tym stanie, z lekko niedomkniętą walizką i wzrokiem utkwionym w horyzoncie. To najbardziej twórcze miejsce, w jakim możemy się znaleźć.
Ściskam Cię ciepło
Agnieszka
Tutaj przeczytasz, skąd wziął się pomysł na rubrykę „Listów do redakcji”. Pytanie możesz zadać wypełniając poniższy formularz.
Ilustracja: Monika Proniewska
