Elizabeth Gilbert, Lindy West i Lena Dunham, uznawane za głos pokolenia milenialek, wydały kolejne memuary. Różnica przekazu między ich pierwszymi a drugimi wspomnieniami dowodzi, że osobiste objawienia i wewnętrzna prawda to w większości mrzonki.
„Jestem najmocniej kochającą formą życia na tej planecie, czymś pomiędzy labradorem a pąklą” – pisała w „Jedz, módl się, kochaj” Elizabeth Gilbert. Pamiętacie ten memuar? Nawet jeśli nie pamiętacie, to i tak pamiętacie. Trochę dlatego, że Liz skleiła się w naszej wyobraźni z twarzą Julii Roberts, która grała ją w ekranizacji książki, a trochę dlatego, że jak pisze magazyn „The New Yorker”, „Eat, Pray, Love” (zawsze wolałam angielski tytuł; brzmi lepiej i mniej w nim rozkazu) był „nie tylko bestsellerem, czy nawet fenomenem, ale czymś w rodzaju kulturowego paradygmatu”. Ten paradygmat polegał na apoteozie autentyczności, ale też na podniesieniu kobiecego doświadczenia z poziomu wstydliwych zapisków na poziom ważnych narracji o mitologicznej strukturze. Liz w „Eat, Pray, Love” przeżywa upadek (poznajemy ją skuloną na podłodze w łazience, kiedy zdaje sobie sprawę, że jej małżeństwo się skończyło), a potem wyrusza w podróż (Włochy, Indie, Indonezja), dzięki której staje się naprawdę sobą.
„Eat, pray, love” kobiecą wersją „Odysei”
Była to, nie bójmy się tego powiedzieć, współczesna i kobieca wersja „Odysei”, tylko zamiast wojny w Troi była wojna z mieszczańskością, której chciał od niej mąż, zamiast mieszkańców Olimpu – bliżej nieokreślony Bóg o wschodnich konotacjach, który uobecnia się w kluczowych momentach, dając jej rady, a zamiast Penelopy – na końcu na heroskę czekało cierpliwe, kochające i prawdziwe ja bohaterki (wraz z cudownym mężczyzną). Powiedziałam: „Odyseja”? Tak, ale była to też oczywiście literatura nieco trywialna z elementami self-help, choć zdecydowanie mniej trywialna, niż chciałby tego ówczesny snobistyczny, literacki komentariat. Tak jak seria o Harrym Potterze przedefiniowała literaturę young adult, tak „Eat, Pray, Love” nadało ton rodzącemu się wtedy trendowi konfesyjno-mentoringowemu, który swój najdoskonalszy wyraz znalazł na Instagramie, gdzie do dziś najlepiej sprzedają się triady „oto boleśnie autentyczny opis mojego
problemu, oto moja droga do autonaprawy, oto moje nowe, lepsze ja”.
Problem polega na tym, że biznes odnajdywania siebie jest dość ograniczony: co bowiem robić, co pokazać, co sprzedać, kiedy znalazło się już owo „ja” i ogłosiło się to światu? Logika nowych mediów do spółki z wydawniczą domagają się zawsze więcej i zawsze tego samego; nic więc dziwnego, że te wszystkie ostateczne, prawdziwe jaźnie musiały zacząć się zmieniać. I oto Gilbert napisała nowy memuar: „Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu”. Kto rzuci się nań w poszukiwaniu znajomego powiewu bezproblemowych lat dwutysięcznych i podnoszącej na duchu opowieści o feniksie, gorzko się rozczaruje. Elisabeth, która znalazła spokój w ramionach cudownego mężczyzny, teraz rzuca go dla swojej fryzjerki Rayyi. Rayya i Gilbert przyjaźniły się wiele lat, ale dopiero diagnoza raka, która daje Rayyi pół roku życia, czyni z nich parę. Nie jakąś tam zwykłą, nudną parę – parę w objęciach wspólnego szaleństwa, próbującą wcisnąć całe życie w kilka miesięcy. „Byłyśmy w ekstazie, fosforyzujące, niebezpieczne, olśniewające i pełne dzikiej odwagi” – pisze Gilbert. Olśnienie jednak szybko zmienia się w koszmar: Rayya, wieloletnia abstynentka, najpierw zaczyna pić, a potem wraca do ciężkich narkotyków.
O czym jest „Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu”?
Gilbert rejestruje się jako narkomanka, żeby dostawać dla Rayyi czyste igły. Stopniowo staje się kimś w rodzaju pielęgniarki ze złego snu, której pacjentka jest śmiertelnie chora, wiecznie na haju i straciła wszelkie psychiczne hamulce. „Byłam więźniem w piekle i nie umiałam się wydostać”, pisze. A kiedy przychodzi jej do głowy sposób na ucieczkę, jest nim morderstwo Rayyi. „Musiała zginąć, a ja byłam tą, która musiała ją zabić” – mówi. „Byłam tą miłą panią, która napisała „Eat, Pray, Love”. I byłam bardzo blisko popełnionego z zimną krwią morderstwa mojej partnerki, dlatego, że przestała być dla mnie czuła i dlatego, że byłam już strasznie zmęczona”. Kiedy Rayya domyśla się, co się święci, Elisabeth zarzuca plan i szuka pomocy. Dowiaduje się, że i ona jest uzależniona – od seksu i miłości, co prowadzi (sic!) do odkrycia siebie na nowo, przepisania narracji swojego życia. Zasadniczo można było się domyślić problemu już po „Eat, Pray, Love”, gdzie opisy jej związków zawierały fragmenty typu: „Zanurkowałam z mojego małżeństwa prosto w ramiona Davida dokładnie w ten sam sposób, w jaki cyrkowiec w kreskówce nurkuje z wysokiej wieży w filiżankę wody i zupełnie w niej znika”. Być może różnica między pierwszym a drugim memuarem pokazuje nam coś ważnego o stabilności ludzkiego istnienia: otóż jest ono mrzonką; mrzonką są też w większości osobiste objawienia i wewnętrzna prawda. Gilbert przepisuje też swoją odnalezioną „autentyczność” w zupełnie nowym języku. Jest to, poza mocnymi i świetnymi fragmentami, także język prostackiej poezji, która przetyka memuar wersami typu: „Czemu teraz? / Czemu tego wieczoru / ponad rok od twej śmierci / pogrążyłam się w takim płaczliwym, dźgającym bólu?”.
Dalszą część artykułu można przeczytać we wrześniowym wydaniu „Harper's Bazaar Polska”. Zamów numer już dziś z wygodną dostawą do domu.
