Czy na taką „Lalkę” skrycie czekaliśmy od dawna? Serial Netflixa to swobodna adaptacja powieści

Czy na taką „Lalkę” skrycie czekaliśmy od dawna? Serial Netflixa to swobodna adaptacja powieści

Awantury o feminatywy, żarty z warszawskich drożdżówek za 60 zł czy przewodnik pt. „Jak poznawać dziewczyny?” – pewnie nie tego spodziewaliście się po netflixowej reinterpretacji książki. A może właśnie na taką „Lalkę” czekaliście skrycie od dawna? Biorąc pod uwagę tiktokowo-kokieteryjną kampanię promocyjną produkcji, powinniśmy być wdzięczni, że Netflix od początku nie mamił nas obietnicami wiernej ekranizacji.

Serial pod reżyserską batutą Pawła Maślony pełen jest współczesnych wtrętów, ale i szacunku do literackiego oryginału. Autorzy scenariusza Maślona, Paweł Demirski i Jagoda Dutkiewicz wiele rzeczy zostawili po staremu: Wokulski pasuje do Izabeli jak wół do karety, a upadli moralnie arystokraci nadal nie mają pojęcia, jak żyją zwyczajni ludzie. Streamingowa „Lalka” wypada zwycięsko jako swobodna adaptacja, bo przynosi satysfakcję tam, gdzie podczas lektury Bolesława Prusa niejednokrotnie czuliśmy zawód i poczucie niesprawiedliwości. Uciera nosa uprzywilejowanym, mizoginów karze, a romantykom pozwala żyć długo i szczęśliwie. Oprócz tego obfituje w wątki iście tarantinowskie. Twórcy z dezynwolturą przetasowują karty historii, burząc społeczne normy zalążkiem kobiecej emancypacji. Kanon zostaje ubarwiony popkulturą, a polskie dobra narodowe, takie jak: „Ziemia obiecana”, „Emancypantki” czy „Nad Niemnem”, łączą się tu w porywającą opowieść o gorzkich namiętnościach i niszczycielskiej sile pieniądza.

fot. materiały prasowe Netflix

O czym jest serialowa „Lalka”?

Pierwszy odcinek serii twórca „Kosa” otwiera z niezłym przytupem: Stanisław Wokulski (Tomasz Schuchardt) wraca do Warszawy z kieszeniami wypchanymi forsą, a Kazimiera Wąsowska (Magdalena Cielecka) wyprawia coroczny bal, na którym podstarzała szlachta pije do upadłego, wypatrując w tłumie młodziutkich kandydatek na żony. To właśnie tam znudzona, wciąż niezamężna rozpustnica Izabela pierwszy raz zwraca uwagę na Stasia. Florentyna (Julia Wyszyńska) referuje Izie (Sandra Drzymalska), co o handlarzu mówią na salonach: – Że awanturnik i oszust, co na wojnie dorobił się majątku. – Bela nagle się ożywia. – Że żonę zabił dla pieniędzy. – Bela spija słowa z ust kuzynki. – Że gburowaty i cham, i prostak. – I Belę trafia już strzała amora.

To niesłychanie zabawne, że scenarzyści czynią z Wokulskiego niegrzecznego chłopca, a z Łęckiej magnes na łobuzów. Staszkowi w wykonaniu Schuchardta faktycznie bliżej do badboya niż romantyka-pozytywisty. Nie w głowie mu utylitaryzm czy praca u podstaw – co to, to nie. Liczy się tylko mnożenie kapitału i zabieganie o względy Miss Izy. Wokulski staje się produktem swojej epoki, zimnokrwistym kapitalistą, który nie ma czasu na szlachetne idee oraz przejmowanie się losem uboższych, ani tym bardziej złudzeń, że przyniosą jakikolwiek skutek. W jego oczach można dostrzec jednocześnie strach i determinację. Tak jakby czuł, że wszystko, na co w pocie czoła pracował od roku, może w mgnieniu oka stracić. O jego zdrowe zmysły dba na szczęście Rzecki (Dariusz Chojnacki) – prawdziwy przyjaciel i uosobienie wszelkiej skromności, którego pamiętnikarskiej narracji zdecydowanie w nowej „Lalce” brakuje.

fot. materiały prasowe Netflix

„Lalka” Netlixa a odniesienia do współczesności

Twórcy śmiało eksploatują wątek adorowania Łęckiej przez kupca, filtrując go przez współczesne podejście do podrywu i damsko-męskich relacji. Wiele mówi o tym chociażby pierwszy zwiastun serialu, który twórcy nieprzypadkowo zilustrowali utworem „Creep” Radiohead. Sposób, w jaki Wokulski goni wzrokiem za arystokratką, może wywoływać gęsią skórkę, ale jak się również okazuje – sensualne rozgorączkowanie. Bogaczka z jednej strony gardzi „dorobkiewiczem”, z drugiej znajduje perwersyjną przyjemność w byciu przedmiotem jego łakomego spojrzenia. Produkcja Netflixa nie boi się tabu kobiecego pożądania, dlatego Bela fantazjuje po nocach o płomiennych chwilach z Wokulskim w karocy. W swoich najsłodszych snach kobieta wreszcie może dać za wygraną i zrzucić z siebie maskę wytwornej damy. W rzeczywistości Stanisław, jak zabawnie ujmuje to Wąsowska, „spektakularnie nie umie uwodzić”. O dziwo, między Schuchardtem a Drzymalską nie brakuje chemii. Dwuznaczna wymiana spojrzeń i subtelne flirty sprawiają, że widz naprawdę wierzy w love story tej dwójki.

fot. materiały prasowe Netflix

Najbardziej intrygującym twistem w kreacji postaci Łęckiej okazują się jej wydawnicze i redaktorskie ambicje. Po usłyszeniu emancypacyjnej mowy Orzeszkowej Łęcka pragnie zostać publikującą protofeministką. Walczące o równość kobiety szybko sprowadzają ją jednak na ziemię: co taka „lalka” jak ona może wiedzieć o problemach ubogich i pracujących Polek? O czym miałaby pisać? O szytych na miarę sukniach i podróżach do Paryża? Maślona, Demirski i Dutkiewicz przemycają w „Lalce” intersekcjonalne idee, na długo zanim kobiety zyskały w kraju prawa wyborcze i zaczęły cytować bohaterki pierwszej fali feminizmu. Oświeceniowemu duchowi streamingowej reinterpretacji daleko jednak do powierzchownego „wokizmu”. Dzięki redaktorkom „Bluszczu” Łęcka po raz pierwszy w życiu wyzbywa się egoizmu. Uświadamia sobie, że aranżowane małżeństwo, choć odbiera godność i wolność wyboru, nie jest najgorszym losem, jaki może spotkać kobietę w XIX wieku.

Jaka jest Izabela Łęcka w serialowej „Lalce”?

Ewolucja Beli to zdecydowanie najmocniejsze ogniwo streamingowej produkcji. Emblematyczny dla jej przemiany staje się odcinek, w którym bohaterka, bez grosza przy duszy i służby u boku, trafia do przytułku dla chorych. Na własne oczy widzi wówczas cierpienie tych, którymi tak bardzo brzydzi się jej „gatunek”. To zaskakujące, że scenarzyści przeszczepiają wrażliwość Wokulskiego Łęckiej i w praktyce czynią z niej postać w gruncie rzeczy sympatyczną. Oczywiście zdarzają się też sceny pozbawione subtelności, zakrawające o niesmaczną komedię i obrazoburstwo, np. ta, w której Iza wstrzykuje sobie morfinę, bo na trzeźwo nie może znieść własnej zguby ani widoku otaczających ją nędzarzy.

W „Lalce” bezsprzecznie czuć „Kosa” i reżyserską rękę Pawła Maślony, dzięki któremu obsada bez zająknięcia prezentuje na ekranie aktorski masterclass godny najlepszych hollywoodzkich produkcji. Karciane porachunki Wokulskiego ze szlachtą, odbieranie porodu na przyjęciu towarzyskim czy użycie srebrnego świecznika jako narzędzia zbrodni – wszystkie te sceny poprowadzone z humorem i nonszalancją przywodzą na myśl najlepsze fragmenty tarantinowskich „Bękartów wojny” czy „Nienawistnej ósemki”. Rozmachu i storytellingowej głębi dodają kostiumy epoki pieczołowicie odwzorowane przez Dorotę Roqueplo czy oddająca klimat ówczesnej Warszawy scenografia Joanny Machy. Turkusowa suknia Beli, od której nie sposób oderwać wzroku, demaskuje jej desperacką potrzebę bycia zauważoną i zaakceptowaną. To samo można zresztą powiedzieć o błyszczących żyrandolach w sklepie Wokulskiego czy sarmackim wąsiku Starskiego (Piotr Pacek).

fot. materiały prasowe Netflix

Skoczny montaż, egzaltacja rodem z „Bridgertonów” i popfeministyczna naiwność płynąca z finału – wszystko to jestem w stanie wybaczyć produkcji, bo wynagradzają to bezpruderyjność i śmiałe łamanie konwenansów. Nieprzypadkowo pierwsza kwestia, którą wypowiada w serialu Łęcka, dotyczy tego, że ma okres i trudno jej przez to wstać z łóżka. – Jak my wszystkie – bez grama empatii kwituje jej kuzynka. Izabela jest nadal nieznośną, rozpuszczoną i naiwną szlachcianką, ale jednocześnie jest też kobietą zasznurowaną gorsetem przymusowego zamążpójścia oraz ofiarą klasowego i moralnego bankructwa. Maślona, Demirski i Dutkiewicz zmyślnie przepisują losy bohaterów „Lalki”, kładąc nacisk na społeczne nierówności i patologie wczesnego kapitalizmu. Motyw theatrum mundi odnosi się więc tu nie tyle do igraszek losu i boskiej interwencji, co do bezdusznego systemu wyzyskującego swoich pracowników.

Serialowa „Lalka” nie jest alternatywą dla powieści Prusa, a lekkostrawną odtrutką na kolejne bezbarwne polskie produkcje historyczne. Jednocześnie to kawał trzymającej w napięciu rozrywki i postromantyczny romans, który idealnie pasuje do naszych czasów: miłosnego cynizmu i kryzysu wartości. No bo sami zobaczcie: ona była niewdzięczna, on zbyt natarczywy, ona szukała siebie, on szukał jej. Pamiętacie, jak Robert Gawliński śpiewał w „Baśce”, że „wszystko mógłbym Izie dać”? Cóż, ona po prostu wcale nie chciała brać.

Daria Sienkiewicz

Dziennikarka, krytyczka filmowa, absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej oraz produkcji audiowizualnej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pasjonują ją szeroko rozumiana popkultura i kobiece spojrzenie w filmie. Od lat współpracuje z takimi mediami jak: Filmweb, miesięcznik „Kino”, „Wysokie Obcasy”, kwartalnik „Ekrany” czy portal Interia, gdzie przeprowadza wywiady, recenzuje filmy i relacjonuje festiwale filmowe w Berlinie, Wenecji i Cannes. Prelegentka Dyskusyjnego Klubu Filmowego w Kinie Pałacowym. Laureatka konkursów: Krytyk Pisze festiwalu Kamery Akcja (2023, 2025) oraz im. Krzysztofa Mętraka (2025). Współprowadziła program „Aktualności Filmowe" w Canal+. Na koncie ma wywiady m.in. z Sally Potter, Kristen Stewart, Monicą Bellucci czy Davidem Cronenbergiem.

Udostępnij