W 2026 roku przeciętny widz ma pełne prawo zawahać się, nim poświęci swój czas na jakąkolwiek produkcję telewizyjną czy filmową, której materiałem źródłowym jest superbohaterski komiks. Na szczęście serial „Latarnie” oferuje widzowi osiem godzin mistrzowsko rozpisanej intrygi.
Na dobrą sprawę to przedsięwzięcie nie miało prawa się udać. Ostatnia odsłona sagi DC pod kierownictwem Jamesa Gunna – „Supergirl” – okazała się finansową katastrofą. Krytycy nie zostawili na filmie suchej nitki. Kolejnym w kolejce projektem był serial „Latarnie” z premierą zaplanowaną na połowę sierpnia.
Kampania promocyjna produkcji jasno dała nam do zrozumienia, że ograniczony budżet wybił scenarzystom z głowy pomysły na międzygalaktyczne podróże i wielkie sceny walki. Zamiast intensywnej zieleni (wymaganej przez koncepcję korpusu Zielonych Latarni) zaprezentowano nam przykurzone brązy i wyraźnie zmęczony życiem grymas Kyle’a Chandlera. Już po obejrzeniu trzech pierwszych odcinków cieszyłem się, że nie dałem się zniechęcić mało atrakcyjnej kampanii reklamowej. Po obejrzeniu piątego epizodu mogę natomiast z ręką na sercu uznać, że trafił nam się prawdziwy rarytas – a do wielkiego finału jeszcze całe 3 odcinki.
O czym jest serial „Latarnie” na HBO Max?
W skrócie: weteran Hal Jordan (Kyle Chandler) niechętnie przyucza do pracy w międzygalaktycznej sile porządkowej młodego Johna Stewarta (zjawiskowy Aaron Pierre). Panowie trafiają na trop osoby odpowiedzialnej za masowe ludobójstwo, która ukrywa się w niewielkiej amerykańskiej mieścinie. Szkopuł w tym, że mogła ona przyjąć jakąkolwiek formę. Rozpoczyna się wyścig z czasem.
To pozornie proste założenie fabularne, biorąc pod uwagę skromną liczbę przewijających się przez fabułę postaci, staje się tłem do opowieści o strachu przed przemijaniem, sile woli, napięciach rasowych i koszmarze, jaki dziecku mogą zgotować niezrealizowane ambicje rodziców.
Do seansu nie jest konieczna wiedza o Zielonych Latarniach z komiksów. Gdzieniegdzie pada tylko nazwisko trzecioligowego złoczyńcy czy ciekawego kosmity, ale we wszystkie niezbędne informacje zostaniecie wyposażeni w trakcie seansu.
Nierzadko zdarza się, że widz odbija się od fantastycznych elementów świata, choć uwzględniając popularność choćby „Gry o tron”, nie może być tych przypadków zbyt wiele. Fanów brutalnego realizmu o tyle łatwiej będzie przekonać do „Latarni”, że główni bohaterowie zdecydowanie częściej używają swoich nagich pięści niż magicznych pierścieni służących im za ekspresowe drukarki 3D.
Scenarzyści też, na szczęście, nie korzystają z kosmicznej biżuterii jako taniego rozwiązania do wyciągania głównych bohaterów z opresji. Otóż pierścień musi być regularnie doładowywany, więc momencie kryzysowym należy go więc używać nader oszczędnie.
Przy „Latarniach” pracowali najlepsi
Jeżeli wciąż nie poczuliście się wystarczająco zachęceni, pozwólcie, że napomknę słów kilka o jednym z głównych producentów „Latarni”, Damonie Lindelofie. Jego nazwisko praktycznie gwarantuje jakościową rozrywkę telewizyjną. „Latarnie” to jego najnowsza produkcja, wcześniej pracował natomiast choćby nad „Lost” i „Watchmen”. Mało kto potrafi dziś tak budować wielowarstwową intrygę jak Lindelof. To właśnie przez jego udział dałem „Latarniom” jakąkolwiek szansę. Nie żałuję.
Oczywiście na słowa uznania zasługują także role pierwszoplanowe. Kyle Chandler udowodnił, że wciąż potrafi unieść na swoich barkach superprodukcję, a Aaron Pierre oficjalnie stał się natomiast nowym bożyszczem Hollywood.
Nowe odcinki „Latarni” pojawiają się na HBO Max w każdy poniedziałek. Wielki finał zostanie wyemitowany 5 października 2026 roku.
