Gdy zapytałam przed rokiem Hannę Krall: treść czy forma?, bez wahania wskazała na tę drugą. Proza Richarda Flanagana jest tych słów potwierdzeniem. Książką „Pytanie numer siedem” laureat Bookera udowadnia, że z głosem, jakim jest literatura, świat musi się wciąż liczyć – oraz że sam w tworzeniu literackich światów nie ma sobie równych.
Co, jeżeli zarówno zemsta, jak i pokuta to po prostu kłamstwa głoszące, że da się cofnąć czas? Czy czas goi rany? Czy da się wymierzyć sprawiedliwość? Czy prawda w ogóle istnieje? Wreszcie, zgodnie z pytaniem kryjącym się w tytule: kto jest bardziej wytrwały w miłości?
Wbrew pozorom siła najnowszej książki Flanagana nie leży wcale w pytaniach, lecz w decyzji, by w tym świecie, w który zostaliśmy wrzuceni przemocą, dostrzegać i doceniać miejsca nie-nasze. To, co zwykliśmy uznawać za własną tożsamość, bywa przecież pożyczone, czasem nawet skradzione – tak czy inaczej, zawsze mniej lub bardziej wyobrażone. Tożsamość to nie spadek, lecz projekt. Splot decyzji, które każdy ma do podjęcia – w nadziei i oczekiwaniu, że stanie się lepszą wersją opowieści o sobie samym.
O czym jest książka „Pytanie numer siedem”?
Podróż przez „Pytanie numer siedem” (w przekładzie Macieja Świerkockiego) rozpoczynamy zimą 2012 roku. Richard Flanagan udał się wówczas do Japonii, by odwiedzić dawny obóz jeniecki Ohama, w którym przebywał kiedyś jego ojciec. Czytelnik szybko ma okazję przekonać się, że prawda – historii, ale i każdej opowieści – często zaczyna się tam, gdzie zderzamy się z milczeniem: tych, którzy usiłują nam narzucać jej własną wersję. Kierowniczka muzeum poświęconego miejscowej kopalni węgla kamiennego nic nie wie o tysiącach jeńców wojennych, których zmuszano tu do niewolniczej pracy.
Nowa książka Flanagana nie jest jednak ani opowieścią o historii II wojny światowej, ani o jego ojcu (którego losy i historię powstawania Kolei Śmierci autor skądinąd przybliżył już w nagrodzonej Bookerem powieści „Ścieżki północy”). Nie jest też esejem o prozie Antona Czechowa, którego jedno z opowiadań dało pomysł na tytuł książki właśnie trzymanej przez nas w rękach. „Pytanie numer siedem” – tekst na pograniczu eseju biograficznego, autofikcji i „romansu naukowego” opowiadającego historię powstania broni atomowej – ma szansę okazać się jedną z tych współczesnych powieści, które znajdą się najbliższej tego, czym jest (i co potrafi) literatura w szczytowej odsłonie.
Przybliżając historię romansu H.G. Wellsa i Rebekki West, pisarz cytuje jeden z tekstów brytyjskiej autorki (napisanych już po zakończeniu romansu), w którym ta stwierdza, że sztuka „to nie zabawka, tylko konieczność, i że jej istota, czyli forma, nie jest dekoracyjną modyfikacją, lecz pucharem, do którego można wlać życie, by podnieść go do ust i posmakować jego zawartości”. Jak zauważa Flanagan, książka, w której padły te słowa, „Black Lamb and Grey Falcon”, właściwie wymyślała na nowo dziennikarstwo jako literaturę – i stanowiła już zapowiedź kierunku, w jakim miało zmierzać pisarstwo. Proza Flanagana to również przede wszystkim forma.
Czy literatura może realnie wpływać na świat, w którym wszyscy żyjemy?
Gdy zapytałam przed rokiem Hannę Krall: treść czy forma?, bez chwili zastanowienia wskazała na tę drugą. „Pytanie numer siedem” jest tych słów potwierdzeniem. Gdyby spróbować rozsupłać, a następnie rozbić tę powieść na oddzielne książki: autobiograficzną, eseistyczną, historyczną, pozbawilibyśmy tę historię tego, co czyni ją wyjątkową. Splot przypadków i pojedynczych decyzji niepowiązanych z sobą osób – który okazał się konieczny, choć jeszcze chwilę wcześniej mógł wydawać się wręcz nieprawdopodobny – pozwala przyłapać świat na gorącym uczynku, co nawet w literaturze nie zdarza się często.
Zgodnie z przedstawioną tu optyką genezy „Wojny światów” należałoby szukać w usiłowaniu ludobójstwa tasmańskich Aborygenów. W pierwszym rozdziale swojej powieści H.G. Wells wyraźnie podkreśla podobieństwo pomiędzy najeźdźcami z kosmosu i Ziemianami. Jak dowodzi Flanagan – autor, którego rodzina wywodzi się z zesłanych na Tasmanię skazańców – gdyby nie Rebecca West i ich pocałunek z Wellsem przy jednym z regałów, pisarz nie uciekłby do Szwajcarii, żeby napisać książkę, bez której Leo Szilard, pochodzący z Węgier fizyk, nie wpadłby na pomysł nuklearnej reakcji łańcuchowej. Bez tego – i bez wzbudzonego tą drogą przerażenia – nie przekonałby Alberta Einsteina, by zabiegać o pomoc u prezydenta Roosevelta, bez czego prawdopodobnie nie powstałby Projekt Manhattan, bez którego z kolei Thomas Ferebee, amerykański bombardier, 6 sierpnia 1945 roku o godz. 8:15 nie zwolniłby dźwigni 31 tysięcy stóp nad Hiroszimą, zrzucając tym samym bombę – bez wybuchu której ojciec autora, jeniec wojenny japońskiego obozu Ohama, prawdopodobnie nie przeżyłby wojny. „Literatura być może nie jest w stanie niczego zdziałać, ale Hiroszimę zniszczyła powieść, a bez Hiroszimy nie pojawiłbym się na świecie ja” – czytamy.
Czy literatura może realnie wpływać na świat, w którym wszyscy żyjemy? „Fikcja może i jest jedynie fantazją, rzeczywistość często bywa jednak nie więcej niż entuzjastyczną odpowiedzią na nasze marzenia i koszmary” – zauważa Flanagan, a jego proza te słowa potwierdza. Jak się okazuje, prognozy pisarzy mogą okazać się trafniejsze niż uczonych.
„Pytanie numer siedem” to przypomnienie, że zło, które się wydarza, dzieje się zawsze – i nigdy dziać się nie przestanie. I że na pytanie o miłość, która także stanowi jeden z rdzeni tej opowieści, odpowiedzi zawsze trzeba szukać na własną rękę – choć może niekoniecznie tam, gdzie spodziewamy się ją znaleźć . Bo bywa, że skrywa się w miejscach, które długo wywołują w nas głównie wstyd.
