Tydzień mody w Kopenhadze zaostrza wymagania wobec marek i coraz ostrożniej używa słów takich jak sustainable czy eco-friendly. Bo moda może być ekologiczna, ale coraz trudniej powiedzieć, co to właściwie znaczy. W każdą środę Arek Zagata w cyklu „Jak się nie ubierać” przygląda się temu, co nosimy, żeby zastanowić się nad tym, jak żyjemy.
Idę na kopenhaski tydzień mody. Rozglądam się i myślę sobie: wszystkie chwyty dozwolone. Koleżanka ma żółtą sukienkę z bufkami, inna uroczy różowy kardigan i wiklinowy kosz. Obok ktoś ma garnitur, ale z szortami kolarskimi, a ktoś inny wygląda, jakby przyjechał prosto z Harajuku. Gdyby osoba postronna nie wiedziała, że idziemy na pokaz mody, mogłaby pomyśleć, że to bal przebierańców, ale każdy inaczej zrozumiał zaproszenie.
Ktoś pyta, czy może zrobić mi zdjęcie. – Pewnie – mówię, choć bardziej wolałbym zjeść kilo lukrecji, niż zapozować. Mam na sobie wielki sweter z diabłem, szerokie spodnie z nieobszytymi nogawkami i brzydkie sneakersy na traktorowej podeszwie. W wieku 28 lat nie skupiałem się na subtelności. Mimo to zdjęcie trafia do „Pause Magazine”. Najwyraźniej wszystko rzeczywiście było dozwolone. Przynajmniej gościom.
Marki, które chcą znaleźć się w kalendarzu Kopenhaskiego Tygodnia Mody, mają znacznie bardziej rygorystyczny dress code. Od 2023 roku muszą spełniać zestaw „Sustainability Requirements” dotyczący między innymi produkcji, materiałów, warunków pracy i tego, co dzieje się z niesprzedanymi ubraniami. Uczestnikom wydarzenia nie wolno na przykład niszczyć niesprzedanych ubrań i sampli, muszą też wykazać, w jaki sposób dbają o trwałość swoich produktów. Zasady są aktualizowane, a łącznie minimalnych standardów jest 19. W 2024 roku z programu wypadła marka P.L.N. Jej projektant tłumaczył, że jako dwuosobowy team nie byli w stanie wdrożyć wszystkich procedur.
Co jest w DNA kopenhaskiego tygodnia mody?
Choć surowe, wymagania CPHFW szybko stały się częścią tożsamości samego wydarzenia, a nawet miasta. Kiedy stery wydarzenia przejęła w 2018 roku Cecilie Thorsmark, jej celem było wypozycjonowanie Kopenhagi jako globalnego gracza w przemyśle modowym. Ekologia okazała się strzałem w dziesiątkę. Dziś stolica Danii jest coraz częściej wymieniana obok Paryża, Mediolanu, Londynu i Nowego Jorku jako piąta stolica mody, a jej rozwiązania przejmują kolejne instytucje i tygodnie mody, między innymi Berlin i Amsterdam. To, co miało Kopenhagę wyróżnić, powoli staje się nową normą.
Co robić, kiedy padnie się ofiarą własnego sukcesu? Podnieść poprzeczkę. Dziś Kopenhaga coraz ostrożniej obchodzi się z etykietą, którą sama pomogła wypromować: zastrzega, że spełnienie przez markę wymagań wcale nie oznacza, że jej produkty są sustainable, responsible, conscious czy eco-friendly. Oznacza tylko, że marka spełniła kryteria wejścia do programu. Nawet najbardziej zielony tydzień mody świata nie chce już po prostu powiedzieć, kto właściwie jest zielony.
Zrównoważony rozwój – czyli jaki?
Może problem tkwi w samej nazwie. W jednym haśle nie da się zamknąć całego tego szaleństwa, którym dziś jest produkcja odzieży: z czego powstała, kto ją uszył, czym ją farbowano, jak daleko podróżowała i co się z nią stanie, kiedy nikt już nie będzie jej chciał. Wystarczy pociągnąć za odstającą nitkę, a zielona narracja natychmiast zaczyna się pruć.
Ale podniesiona poprzeczka to miecz obosieczny. W tym sezonie kopenhaski tydzień mody zawiesił dwa własne wymagania dotyczące tzw. preferowanych materiałów – tych rekomendowanych dotąd jako lepszy wybór. Tu też działa ten sam kafkowski mechanizm: co właściwie jest „dobre”, a co „złe”? To, co zużywa mniej wody (poliester wobec bawełny)?; to, czego produkcja emituje mniej CO₂ (bawełna wobec poliestru)?; to, co dłużej przetrwa (nylon)?; to, co ulega biodegradacji (len)? To, co naturalne, ale pochłania ogromne ilości ziemi i wody (wełna), czy to, co syntetyczne, ale zużywa ich mniej (akryl)? Ja tego naprawdę nie wiem. A już na pewno nie wiem jednego: czy produkcja czegokolwiek może być „zrównoważona”?
Nie wie tego też europejskie prawo i właśnie dlatego wypowiedziało wojnę zielonym przymiotnikom. Pod koniec września zaczną obowiązywać przepisy ograniczające ogólniki w rodzaju „zielony”, „ekologiczny” czy „przyjazny dla środowiska”, jeśli firma nie potrafi ich konkretnie uzasadnić. Co jeszcze ważniejsze, nie będzie też można przedstawiać jako własnej ekologicznej zasługi czegoś, czego prawo wymaga od wszystkich. Innymi słowy: spora część tego, co do niedawna uchodziło za bycie „zielonym”, staje się po prostu przestrzeganiem prawa.
Arek Zagata: Ekologia właśnie przestaje być kostiumem
Chyba więc nie zostało mi nic innego, jak obwieścić śmierć zrównoważonej mody. Miała dobre życie: najpierw była dziwactwem, potem cnotą, paliwem dla snobów, powodem do dumy, trendem sezonu, start-upem, sposobem na łatwą kasę, strategią marketingową i pomysłem na kampanię. Dziś to po prostu nudny regulamin. A im bardziej nudna staje się ekologia, tym mniej nadaje się na reklamę.
Ale to nie jest smutny pogrzeb. Wręcz przeciwnie: może właśnie o taki koniec chodziło. Bo największym sukcesem zrównoważonej mody będzie to, że przestanie się tak nazywać. Marki zamiast wydawać pieniądze na opowiadanie, jakie są zielone, będą musiały wydać je na to, żeby takie być. A potem – co dla mody może być najtrudniejsze – nie będą trąbić o tym na prawo i lewo.
Wróćmy do Kopenhagi. Ja mogłem ubrać się tak, żeby wyglądać jak część wydarzenia, markom będzie już tylko trudniej. Bo ekologia właśnie przestaje być kostiumem, a bal przebierańców dobiega końca. Jak się więc nie ubierać na tydzień mody? Na zielono – jeśli to jedyne, co mamy do pokazania.
